Metoda wytwarzania kajala jest bardzo ciekawa i jest ich wiele, ta najbardziej znana polega na moczeniu muślinowej ściereczki w roztworze proszku sandałowego, a po wyschnięciu skręcenie jej i umieszczenie w lampce oliwnej, w której najczęściej znajduje się olej rycynowy. Nasza ściereczka pełni rolę knota, podpala się go i przystawia gliniany lub metalowy talerz, na którym zbiera się sadza. Zdrapuje się ją i dodaje oleju ze słodkich migdałów. Następnie formuje się pastę, płyn bądź twardy sztyft i gotowe. W zależności od tego, co jest spalane oraz co dodane do sadzy (np. sproszkowane zioła), można uzyskać inne kolory kajala, zwyczajowo jednak jest to smolista czerń, której ja akurat nie mam. Kajal często jest mylony z arabskim Kohlem, ale są to zupełnie dwa różne produkty. W moim posiadaniu są trzy sztuki w formie sztyftu, ze względu na wygodę stosowania.
Kajal ma nie tylko upiększać nas, ale i chronić oczy przed działaniem promieni słonecznych, piasku, pyłu oraz chłodzić oczy w upalne dni. Gdy użyjemy go na linii wodnej da efekt wybielenia gałki ocznej i podkreśla kolor oczu. W Indiach przypisuje się mu również właściwości magiczne ochraniające osobę go noszącą przed 'złym okiem', gdy noszony jest w formie kropki na boku czoła lub policzka, szczególnie przez dzieci. W niektórych rejonach Indii kajal stosowany jest tradycyjnie przez mężczyzn podczas uroczystości oraz ceremonii religijnych takich jak ślub. Kajal jest również stałym elementem stroju tradycyjnych tancerek i tancerzy, który aplikują również na brwi.
Ja stosuję i na linię wodną i na górną powiekę. Jeżeli chcę szybko podkreślić oczy po prostu rysuję kreskę i już. Dosyć ładnie się trzyma, na górnej powiece po kilku godzinach lekko się rozchodzi, ale tak równomiernie bez zbierania się w jej załamaniu, więc specjalnie mi to nie przeszkadza, wygląda jakby miało tak być. Jeżeli chcę uzyskać wyraźniejszy efekt pierwszą kreskę rozcieram pędzelkiem, a następnie rysuję drugą od połowy powieki ku jej zewnętrznemu kącikowi, wygląda to bardzo ładnie. Nie mam czarnego, który jest bardzo intensywny, moje kolory są dosyć subtelne i delikatne, ale o to mi chodziło.
Witam, kosmetyki naturalne są w moim życiu odkąd pamiętam. Raz w mniejszym stopniu, raz w większym, ale cały czas w nim uczestniczą. Przez te wszystkie lata zebrałam sporo doświadczeń (i tych dobrych, i tych złych), trochę przepisów, parę zwątpień i rozczarowań, kilka sukcesów. Myślę, że nadszedł czas, żeby się tym wszystkim podzielić. Zapraszam do czytania.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naturalnie kolorowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Naturalnie kolorowa. Pokaż wszystkie posty
środa, 5 listopada 2014
środa, 15 października 2014
GOSH - tusz do rzęs wonder volume
Dziś będzie o drogeryjnym tuszu z naturalnym składem, chodzi oczywiście o tusz wonder duńskiej firmy GOSH. Jest nie testowany na zwierzętach, ma w składzie naturalne woski i oleje, wit.B5. które odżywiają i zmiękczają rzęsy, zapewniają im witalność, siłę i elastyczność.
Szczoteczkę ma rewelacyjną, gumową, która świetnie dociera do najmniejszych włosków, tusz rozprowadza się bardzo dobrze, nie skleja rzęs, nie ma w sobie grudek. Daje bardzo fajny naturalny efekt. Rzęsy są podkręcone, rozdzielone i mięciutkie, nie lubię takich sztywnych owadzich nóżek. Trwałość jak dla mnie jest dobra, nie osypuje się, nie robi 'pandy', w mgle i mżawce daje radę, w ekstremalnych warunkach może polec, nie jest wodoodporny.
Jest delikatny i nadaje się nawet do wrażliwych oczu. Efekt po zastosowaniu jednej warstwy jest bardzo naturalny, delikatny, jeżeli ktoś oczekuje bardziej spektakularnego efektu musi nałożyć następną, ale po wyschnięciu pierwszej, to ważne. Dla mnie na dzień dzisiejszy, jest to najlepszy tusz. Warto dodać, że produkt ten został wyróżniony w Konkursie Perły Rynku Kosmetycznego 2010.
czwartek, 17 lipca 2014
Błyszczyki Lily Lolo
Muszę zacząć od minusu i to dużego, nie lubię tego robić, ale jestem zła. Posiadam dwa błyszczyki tej firmy i w obydwu, bardzo szybko po zakupie, pękły opakowania. Uszkodzenia są w tych samych miejscach, więc to nie może być przypadek, tylko wada opakowania. Żeby ratować produkt posklejałam jak mogłam, ale nie wygląda to zbyt estetycznie, zresztą zobaczcie same.
Na całe szczęście to koniec minusów. Błyszczyk ma piękny skład m.in.olej rycynowy, jojoba witamina A. Nie skleja ust, nie zbiera się w zmarszczkach ani nie wypływa za ich kontur. Dobrze nawilża i jak na błyszczyk jest całkiem trwały. Fajny, zgrabny i wygodny aplikator, który świetnie rozprowadza produkt.
Mam dwa kolory, pierwszy od góry Scandalips jest to dosyć wyraźny róż z drobinkami, ale nie nachalnymi, raczej dającymi efekt wilgotnych ust. Poniżej to English Rose bardziej stonowany róż, aksamitny, dający efekt bardzo naturalnego wyglądu.
Super produkt w tandetnym opakowaniu. Czekam na zmianę, bo chętnie kupiłabym inne kolory.
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Fluid tonujący do twarzy Moon Flower MADARA
Mam słabość do tej firmy, a raczej jej kosmetyków, ale bardzo ciężko napisać mi o tym konkretnym produkcie, mam mieszane odczucia, no nic, zobaczymy jak mi to wyjdzie. Skład fluidu jak w większości kosmetyków MADARA jest świetny, mamy tutaj m.in. różę, olej słonecznikowy, owoc dzikiej róży, rumianek, nagietek, babkę, algi. Ja wybrałam odcień Moon Flower, dla mnie mógłby być jaśniejszy, ale latem ciałko łapie inny koloryt i tragedii nie ma. Jeżeli mamy dużo do ukrycia, to nie da rady i potrzebny będzie korektor, ale nie czepiam się, bo jest to fluid tonujący, więc wiadomo, że dużego krycia nie będzie. U mnie daje radę, delikatnie wyrównuje koloryt, rozświetla buzię i doskonale nawilża.
Jest jedno ale, robi to jak jest solo na buzi. Producent pisze o ochronie przed promieniowaniem, ale nie znalazłam nigdzie żadnej wzmianki mówiącej, jaka to konkretnie ochrona, a przecież lekki tonujący fluid jest na gorące dni lata. Z powodu braku informacji na ten temat, musiałam zabezpieczać się przed słoneczkiem inaczej. Nakładałam fluid na krem z filtrem i dawał radę przez dwie, trzy godziny, po tym czasie moja twarz świeci się w taki brzydki sposób, wygląda jak oblana wodą. Może przy bardzo suchej cerze byłoby dobrze, przy mojej mieszanej nie sprawdza się taka metoda. Jedyny sposób to na fluid nałożyć podkład mineralny i wtedy jest dobrze, ale po co mi krem tonujący jeżeli muszę na to stosować mineralny podkład z filtrem. Trochę za dużo tego, a zależało mi na lekkim delikatnym makijażu na upały, a nie warstwa na warstwę. Jeżeli i tak muszę używać minerałów, to ten fluid jest mi zupełnie zbędny. Dobrze że kupiłam małe opakowanie (35 ml), na pewniaka nie skuszę się ponownie.
środa, 2 kwietnia 2014
Everyday Minerals cienie do powiek i jeden eyeliner
Ponieważ jestem zakochana w minerałach, więc nie mogło ich zabraknąć także w makijażu oczu. 100% czystych minerałów, niezwykle krótki skład, naturalne, lekkie, bezpieczne dla skóry.
Mój zbiór jest niewielki, ale te kolory w zupełności mi wystarczają (na dzień dzisiejszy).
Eyeliner to ten najciemniejszy na dole zdjęcia, ale można go stosować na wiele sposobów np. wykonuję nim makijaż 'przydymionego oka'. Kolor jest głęboko granatowy z odrobinką szarości, lekko połyskuje.
Kolejno w górę zdjęcia to są cienie Siver Spoon, należy do gatunku lśniących. Drobinki są bardzo, bardzo delikatne, na powiekach pięknie opalizuje jest koloru szaro-niebieskiego ze zdecydowaną przewagą szarości.
Następny to perłowy niebiesko-stalowy Bubble Tea.
Ostatni to piękny fiolet, lśniący złotymi drobinkami.
Bardzo podoba mi się to, że można je nakładać na wiele sposobów. Nakładane na sucho w minimalnej ilości są bardzo delikatne, taka poświata koloru, druga warstwa już bardziej zdecydowany kolor, a kładzione na mokro są intensywne. W ten sposób możemy zrobić makijaż oka od stonowanego, do bardzo wyrazistego.
Co do trwałości ja kładę na powiekę bezpośrednio (bez bazy) i trzymają się dobrze, po kilku godzinach robi się kreska w załamaniu oka, ale u mnie wygląda to jakby miało tak być, nie tracą też koloru.
Niesamowicie wydajne, używam je już kilka ładnych lat i pewnie starczy na jeszcze wiele następnych.
czwartek, 27 marca 2014
Podkład mineralny Lily Lolo
Podkład jest w 100% naturalny, długotrwały, wodoodporny, delikatny, ładnie pokrywa cerę ale jej nie zapycha, pozwala jej oddychać, odbija światło więc mniej są widoczne wszelkie skazy czy zmarszczki, zawiera filtr przeciwsłoneczny SPF 15, może być używany przez wegetarian i wegan
Minerałów używam od dawna i to różnych, ale jak tylko spróbowałam Lily Lolo to wpadłam po uszy i jestem jemu wierna już kilka lat. Podkład ten spełnia wszystkie moje oczekiwania, jest bardzo trwały nie muszę w ciągu dnia sprawdzać czy coś nie spłynęło, czy się starło, ma filtr który w warunkach miejskich w zupełności wystarcza, cera po nałożeniu jest aksamitna i co dla mnie ważne nie widać go na twarzy. Krycie możemy osiągnąć dowolne, w zależności jaka jest potrzeba naszej cery w danej chwili. Ważne jest, żeby cera była dobrze nawilżona i pomiędzy każdą cieniuteńką warstewką podkładu, spryskiwać twarz wodą termalną/hydrolatem lub delikatnie oklepywać nasączonym wacikiem.
Dzięki temu podkładowi zbieram same komplementy na temat wyglądu mojej cery (cery, a nie makijażu). Oprócz upiększania jeszcze pielęgnuje i chroni, czegóż chcieć więcej. Ja już nie szukam, mam swój ideał.
Jestem w odcieniu China Doll i używam tego koloru cały rok, latem ewentualnie nakładam odrobinę bronzera i jest dobrze.
poniedziałek, 10 marca 2014
Everyday Minerals Come What May
Come What May jest często używany jako rozświetlacz, dla mnie jest przede wszystkim różem i to najlepszym jaki miałam.
Nałożony na policzki nadaje cerze świeżości. Jest bardzo delikatny i nie można nim zrobić sobie krzywdy (świetnie nadaje się dla kogoś rozpoczynającego swoją przygodę z różem). Pod łukiem brwiowym, otwiera oko i 'podnosi' opadające powieki. Wydajność niesamowita, używam dwa lata, a końca nie widać.
Tak wygląda na skórze. Prawda że ten kolor jest taki 'lekki'?
Nałożony na policzki nadaje cerze świeżości. Jest bardzo delikatny i nie można nim zrobić sobie krzywdy (świetnie nadaje się dla kogoś rozpoczynającego swoją przygodę z różem). Pod łukiem brwiowym, otwiera oko i 'podnosi' opadające powieki. Wydajność niesamowita, używam dwa lata, a końca nie widać.
Tak wygląda na skórze. Prawda że ten kolor jest taki 'lekki'?
sobota, 1 marca 2014
Szminki Lily Lolo
Pisząc pierwszy post o kosmetykach kolorowych nie mogłam zacząć inaczej jak tylko od najbardziej kobiecego kosmetyku, jakim jest szminka oczywiście. Dzisiaj będzie o szminkach Lily Lolo. Pierwsze to wspaniała kremowa konsystencja, pięknie się rozprowadza, bardzo dobrze nawilża, natłuszcza i chroni, fajny skład (m.in. organiczny olej jojoba, woski, witamina E, ekstrakt z rozmarynu). Mają estetyczne opakowania z taką blokadą, żeby nie otwierały się w kosmetyczce lub torebce.
Trwałość nie ustępuje szminkom z tzw. wyższych półek (nie mówię o tych z przedłużoną trwałością). Jak pijemy lub jemy chłodne rzeczy, nieźle się trzyma, gorące i tłuste jedzenie rozpuści ją (oleje i woski), ale zjada się równomiernie, nie rozpływa się nieestetycznie poza usta (ja używam bez konturówki i jest ok.), nie wchodzi w zmarszczki. Po posiłku zostaje na ustach delikatny matowy kolor szminki jaką używałam, więc mam ten komfort, że wygląda to dobrze i nie muszę myśleć o poprawkach. Usta pomaluję przy nadarzającej się okazji.
Mam dwa kolory, jeden to French Flirt (czerwień), drugi Romantic Rose (róż), szminki prezentują dwie różne osoby, różny kolor skóry, a tym samym inaczej prezentuje się odcień.
Kolory są przepiękne, wyraźne, ale nie ostre, zbliżone do naturalnego koloru ust, dzięki temu pierwszy raz w życiu mogę używać czerwieni.
Kupując szminkę stacjonarnie i chcąc poznać jak będzie prezentowała się na naszych ustach, a jednocześnie nie lubimy, lub nie chcemy malować się testerami, kolor sprawdzamy na opuszkach palców. Tam właśnie jest najbardziej zbliżony odcień skóry do naszego naturalnego koloru ust i tym samym mamy najbardziej wiarygodny obraz, jak szminka będzie wyglądała na naszych ustach.
Trwałość nie ustępuje szminkom z tzw. wyższych półek (nie mówię o tych z przedłużoną trwałością). Jak pijemy lub jemy chłodne rzeczy, nieźle się trzyma, gorące i tłuste jedzenie rozpuści ją (oleje i woski), ale zjada się równomiernie, nie rozpływa się nieestetycznie poza usta (ja używam bez konturówki i jest ok.), nie wchodzi w zmarszczki. Po posiłku zostaje na ustach delikatny matowy kolor szminki jaką używałam, więc mam ten komfort, że wygląda to dobrze i nie muszę myśleć o poprawkach. Usta pomaluję przy nadarzającej się okazji.
Mam dwa kolory, jeden to French Flirt (czerwień), drugi Romantic Rose (róż), szminki prezentują dwie różne osoby, różny kolor skóry, a tym samym inaczej prezentuje się odcień.
Kolory są przepiękne, wyraźne, ale nie ostre, zbliżone do naturalnego koloru ust, dzięki temu pierwszy raz w życiu mogę używać czerwieni.
Kupując szminkę stacjonarnie i chcąc poznać jak będzie prezentowała się na naszych ustach, a jednocześnie nie lubimy, lub nie chcemy malować się testerami, kolor sprawdzamy na opuszkach palców. Tam właśnie jest najbardziej zbliżony odcień skóry do naszego naturalnego koloru ust i tym samym mamy najbardziej wiarygodny obraz, jak szminka będzie wyglądała na naszych ustach.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
















